poniedziałek, 29 września 2014

Księga 2

Z Hermioną spotykałam się regularnie. Zawszę w grę wchodziły wieczory, ale Draco (tak jak znajomi Miony) zaczęli coś podejrzewać, więc musiałyśmy na razie odpuścić. Czasami sama w to nie wierzę, że z największych wrogów stałyśmy się najlepszymi przyjaciółkami. Nie wiem, dlaczego wcześniej uważałam ją za mądralińską kujonkę. Tak naprawdę jest to symaptyczna dziewczyna, z którą można porozmawiać na wszystkie tematy.

Trudno było mi ją zywzywać, gdy mijałyśmy sie korytarzami. Ale często byłam to tego zmuszona, żeby nie wzbudzić podejrzeń. Od jakiegoś czasu Draco też się dziwne zachowuje. Mało mówi, i nie chce ze mną gadać. To bardzo do niego nie podobne.

Będę musiała spędzić z nim więcej czasu, chociaż to jest aspołeczny kosmita, który przypadkiem trafił na Ziemię.

- Draco! - zawołałam go, kiedy znowu chciał gdzieś uciec. Właśnie skończyła się kolacja w Wielkiej Sali, a arystokrata znowu chciał się gdzieś zaszyć. Jak on mnie tym denerwuje!

- Co tam?

- Nie udawaj - burknęłam na niego zła.

- Od kilku dni chodzisz jak połamany, a w dodatu nie chcesz ze mną gadać. Przez ciebie jest mi bardzo, bardzo smutno.. - spojrzałam się na niego, a ten przewrócił oczami.

- Bo mi nie powiedziałaś! - fuknął na mnie obrażony.

Zamarłam.

- O czym? - zaczęłam powli. Czyżby mnie szpiegował? Dowiedział się..?

- Mogłaś mi chociaż powiedzieć, że masz chłopaka, ale nie.. - mruknął, nie patrząc na mnie. Widząc mój zaskoczony wzrok, dodał:

- Widzę, jak wymykasz się wieczorami.

Pacnęłam się ręką w czoło. Bogowie, ten debil ubzdurał sobie, że mam chłopaka! Jakim on musi być temapkiem..

- Co? - zaśmiałam się nieco sztucznie.

- Mówiłam ci, że zaprzyjaźniłam się z taką jedną. Nie znasz.

- Jasne. Już dawno byś mi o tym powiedziała.

- Słuchasz mnie? - warknęłam na niego. Powoli w okół nas zebrała się grupka gapiów, a ja nie lubię, jak ktoś podsłuchuję moją prywatną rozmowę.

- Ludzi nie widzieliście?! A kto ja jestem, kosmita? No, w sumie was rozumiem. Ja to jestem normalna, ale ten obok mnie?

Po czym wyszłam z "zebrania" mając dumnie uniesioną głowę. Kiedy minełam się z Mioną puściłam jej perskie oko, po czym jak gdyby nic szybkim krokiem opuściłam dość zatłoczony korytarz.

Wiedziałam, że rozmowa z Draco nie jest jeszcze skończona. Ale ja nie mogę wyznać mu prawdy..

~*~

Aż do kolacji w Wielkiej Sali przesiedziałam w jakieś pustej klasie. Na szczęście nikt mnie nie znalazł, bo potrzebowałam chwili dla siebie.

- Cześć - mruknęłam cicho do Draco, kiedy zajęłam swoje miejsce. Blondyn spojrzał się na mnie kątem oka, jednak nic nie odpowiedział. Prychnęłam cicho i usiadłam tak, że byłam do niego odwrócona plecami. Nie mam ochoty nawet na niego patrzeć. Włożyłam sobie trochę sałatki i dyniowy sok, ale nawet tego nie mogłam w spokoju zjeść.

- Proszę o ciszę! - usłyszeliśmy głos McGonagall. Znowu dyrektorka będzie przemawiać.

- Chciałabym, żeby po kolacji do mojego gabinetu przyszły: Hermiona Granger i Alyss Elison, myślę, że hało będziecie znały - dodała tajemniczo. Po Sali przebiegły zaskoczone szmery, na co zaskoczona odpowiedziałam.

- Ale co ja znowu zrobiłam?! - oburzyłam się, co wszyscy dobrze usłyszeli - Ja nie mogę dostać kolejnego szlabanu, bo mam jeszcze zaległy! - burknęłam obrażona. Większość wpatrywała się we mnie z szokiem i niedowierzeniem, a stół Ślizgonów zatrząsł się z nieukrywanego śmiechu. No co?

Widziałam, że Draco delikatnie szturcha mnie w ramię, ale kompletnie go zignorowałam.

- Alyss..

- Nie odzywaj się do mnie! - warknęłam na niego, po czym szybko wstałam z miejsca i niechętnie poszłam w kierunku gabinetu. Po chwili usłyszałam kroki.

- Miona, co się stało? - zapytałam, kiedy dziewczyna zrównała ze mną krok. Ta w odpowiedzi jedynie wzruszyła pytająco ramionami.

- Hasło będziemy znać.. nie rozumiem - mruknęła cicho szatynka, krzyżując ręce. Właśnie stałyśmy przed gargulcem.

- Ciasteczka, przesłodzone mysie - pysie, spruchniałe orzeszki, stare dropsy, czysta krew, idiotyczne malinki - wymieniałam po kolei, ale posąg ani drgnął.

- Czysta krew? - szatynka spojrzała na mnie ze zdziwieniem.

- No, nasze hasło - przyznałam, uśmiechając się lekko.

- Co? To wy nigdy go nie zmieniacie?

Zamurowało mnie lekko. Skąd ona o tym wie?

- Słucham?

- Powiem ci przy okazji - zaśmiała się, po czym wytknęła język. Zaraz jednak spoważniała.

Jakie jest hasło?

- Poddaje się!

Chwilę stałyśmy w bezruchu, ale w końcu mnie olśniło.

- Siostry - wykrzyknęłyśmy jednocześnie, a kiedy posąg odskoczył w bok, to przybiłyśmy sobie piątkę.

Pełne obaw weszłyśmy do środka, uprzednio pukając.

~*~

- Więc o co chodzi? - usiadłyśmy na szerokiej sofie wskazanej przez dyrektorkę. Ta jednak milczała, ale patrzyła się na nas.. ze współczuciem?

Co oni wszyscy powariowali?

- Ale naprawdę ja nic nie zrobiłam! Ten szlabam z Fil..ee z panem Filchem już wystarczy. To nie moja wina, że Parkinson sporowadziła alkohol. Tak naprawdę to wcale.. no może troche piłam, ale to Malfoy! On mnie zmusił, byłam pod przymusem - wymieniałam wszystko, co przychodziło mi do głowy. Dopiero potem zdałam sobię sprawę, że nie powinnam mówić takich rzeczy..

Przerwało mi ciche chrząknięcie McGonagall i nieśmiały chichot Miony. Zakłopotałam się lekko, ale starałam nie dać po sobie tego poznać.

- Ups.

- Nie jesteśmy tutaj same - odezwała się w końu dość słabym głosem dyrektor, i wtedy dostrzegam jeszcze jedną postać, która prawie siedziała na końcu pomieszczenia. Niestety, nie mogłam dostrzec jej twarzy.

Spojrzałysmy z Hermioną po sobie.

- Może nam pani wytłumaczyć? - odezwałyśmy się jednocześnie, na co dyrektorka uśmiechnęła się lekko. Zaraz jednak spoważniała.

- Jest z nami wasza matka.

Zbladłam, a po chwili zrobiło mi się słabo. Szatynkę widocznie coś przyblokowało, bo przymknęła oczy.

- Córeczki.. - odezwała się postać, wolno do nas podchodząc. W pomieszczeniu było dość jasno, żebym mogła przyjrzeć się jej twarzy. Taka podobna do mnie..

- Nie! Nie masz prawa nazywać się moją matką! Mam innych rodziców, a ty mi tego nie odbierzesz! - wrzasnęłam, wycofywując się w kierunku drzwi. Przypomniałam sobie o Hermionie która jakby otrzeźwiała i szybko podniosła się z miejsca, zrównując się ze mną.

- Możemy wyjść? My nie znamy tej kobiety - odwarknęłam zimno, mimowlonie cofajac się, kiedy mama podeszła do nas.

Chociaż minęło niecałe pięć minut, to już miałam dość widoku tej kobiety. Kobiety, która zniszczyła większość mojego życia.

Teraz tylko chcę o niej zapomnieć.

- Alyss, proszę cię..

- Teraz mnie prosisz? - zaśmiałam się zimno - Po siedemnastu latach? Trochę późno, nie sądzisz?

Przez chwilę zapanowała nerwowa cisza.

- Porozmawiacie trochę później - zwróciła się stanowczo w kierunku kobiety, dyrektorka.

- Mionuś, chodź - jęknęłam i trzymając się za ręce wyszłyśmy z pokoju.

- Nienawidzę jej! Nie chę jej znać - szeptałam cicho, zsuwając się po zimnej ścianie. Usłyszałam swoje imię? Zaraz, czy to nie Draco? A to dwójka szlachetnych Gryfonów?

- Zobacz, ktoś sobie o mnie przypomniał - jęknęłam zgryźliwie nie patrząc w kierunku nowo przybyłych

- Powiedz, że mamy ich gdzieś, nie chcę ich tutaj - burknęłam, doskonale wiedząc, że mnie słyszą.

- Potwierdzam - usłyszałam głośne jęknięcie, na co zaśmiałam się, bez cienia wesołości w głosie

- Alyss, słońce, co ci się stało? - jęknął Draco, widząc mój ogólny stan zdrowia. Fakt, wyglądałam jakbym przeżyła najgorszy koszmar.. bo właśnie tak było.

- Możecie odejść? Nasze życie właśnie zmieszało się z błotem - odezwałyśmy się równocześnie. Cicho, bez żadnych emocji.

- I nie słońcuj mi tu - warknęłam

- Co? - nie rozumiał Weasley, głupi ćwok.

- Jajco - burknęłam na niego.

Usłyszałam jak drzwi od gabinetu otworzyły się. Potem było słychać kilka szybkich kroków i gargulec znowu odskoczył w bok.

- Nie! - znowu jęknęłam, wyciągając ostrzegawczo różdżkę. Podniosłam się z miejsca i stanęłam koło zdziwionego Draco.

- Koszmar dopiero się zaczyna - mruknęłam do trójki, która (oprócz blondyna) ustała za nami.



Zza kamiennych schodów wyjawiła się postać naszej matki.



sobota, 27 września 2014

Księga 1

Dopiero początek roku szkolnego (nie minął jeszcze tydzień), a ja już powoli mam dosyć. Prace domowe wykańczając mnie doszczędnie, nawet nie mam kiedy wyjść gdzieś z Draco, ani poćwiczyć przed sezonem Qudditcha. Jeszcze nauczyciele się czepiają, że nie słuchamy, ale to nie moja wina, że arystokrata odwraca moją uwagę. Wszyscy nagle zaczęli się czegoś czepiać..
 - Zobacz, Grzmotter i jego wierne pieski! - zachciotałam, ciągnąc blondyna za rękę. Złota Trójca Gryffindoru dumnym krokiem minęła nas, nie zaszczycając ani jednym spojrzeniem. Ponownie zachchotałam i pokazałam tej durnej szlamie język.

- Szlama! - krzyknęłam, aby mnie usłyszała. Nie było żadnego nauczyciela w pobliżu, więc czemu miałabym jej nie podokuczać?

- Słucham? Powtórz to - wycedziła, natychmiast się odwracając.

- Co? SZLAMA? - powtórzył Draco, uśmiechając się złośliwie. Granger wyciągnęła różdżkę, ale Weasley był szybszy.

- Odwołaj to! - wakrnął na mnie.

Draco tylko się zaśmiał, pociągając mnie za rękę.

- Zostaw, słońce, nie warto. Pansy zorganizwała małą imprezę, może pójdziemy? - spytał, ignorując "Wybawicieli".

Zacisnełam usta, i szybko pokręciłam przeczaco głową. Nienawidzę tej całej Parkinson, a ten zadufany w sobie arystokrata doskonale o tym wiedział. Mops jest głupią, sztuczną zołzą. W dodatku czuje coś do Draco.

- Czemu nie? Zazdrosna? - szepnął mi do ucha. Nie zareagowałam, tylko ostrzegająco wyciągnełam "magiczny patyk" i stanęłam naprzeciwko Granger. Może i jest mądra, ale zupełnie nie radzi sobie w pojedynkach. Typowe dla jej szlachetnego domu.

- Dobrze wiesz, że przegrasz - prowokowałam ją, lekko przytupując nogą. Wiedziałam, że wykona pierwszy ruch.

Słyszałam jak Draco cicho wzdycha, ale zupełnie go zignorowałam.

- Alyss! No chodź!

- Cicho bądź! - fuknęłam na niego. Kątem oka zobaczyłam, jak Grzmotter powoli zbliża się do nas.

- Nie wtrącaj się, to nasza sprawa! - warknęłam w jego kierunku.

- Drętwota! - zareagowała w końcu brązowowłosa, ale ze znudzeniem zablokowałam zaklęcie. Cóż, ułożona dziewczynka pewnie nie zna więcej zaklęć. Myślałam, że będzie dużo ciekawiej. Ale co mogę spodziewać się po rudej wiewiórze, która już uciekła? Albo po Grzmottterze, który z podkulonym ogonem schował się w kąt? I ta Granger.. uh..

- W sumie to masz rację - wyzywająco spojrzałam Granger w oczy - ona jest strasznie nudna. Chodźmy gdzie indziej.

~*~

- I tak wiem, że mnie kochasz - wzruszył ramionami blondyn, a ja spojrzałam na niego z wielkim rozbawieniem.

- Słucham? My się tylko przyjaźnimy, Smoczku. Nic więcej - westchnęłam, widząc jego martkotną mimikę twarzy.

- Ale na tą żałosną imprezę nie idę - oświadczyłam, shodząc po ostatnich schodach. Nie lubię być w Pokoju Wspólnym Slytherinu. Tu jest zimno, ciemno, a ja wole jasne miejsca. Dlaczego nie możemy mieszkać w wierzy, jak ten durny Gryffinor?

- Spoko. To co robimy?

- Muszę napisać esej na Eliskiry, nauczyć się z Trasmutacji, no i takie tam - zbyłam go, wchodząc do pokoju.

- Widzimy się później - zamknęłam za sobą drzwi.

Uśmiechnęłam się do siebie, jednak znów nie było mi do śmiechu. Nie wiem, kiedy będę mogła powiedzieć Draco prawdę. Na pewno mnie nie zrozumie, tylko wyśmieje i zostawi. Dlaczego to zawsze muszę być ja?

Głupia Granger!

Z roztargnieniem wyjęłam czysty pergamin i pióro.
Musimy się koniecznie spotkać.. i wszystko sobie wyjaśnić. Nie obchodzi mnie to, że nie masz czasu, ani mnie nie lubisz. Dzisiaj, opuszczona sala nr. 178. Wiesz, gdzie to jest. Najlepiej o godzinie 18, więc nie spóźnij się. Dobrze wiesz, dlaczego do ciebie piszę, więc nie wykręcaj się, Granger!

A. Elison

Ps. Bądź sama!
 


Szybkim krokiem podeszłam do płomykówki, która na mój widok zahukała radośnie. Wypuściłam ją z klatki i delikatnie podałam jej list.




- Wiesz gdzie masz go zanieść - szepnełam do niej, a sówka popatrzyła się na mnie mądrymi oczyma. Zrozumiała.

Teraz wystraczyło tylko czekać, aż będzie ta godzina..

~*~

- Jesteś - mruknęłam do niej, patrząc na zegarek.. Punktualnośc to kolejna cecha Gryffonów?

- O co ci chdzi, Alyss? - zwróciła się do mnie po imieniu, na co wciagnęłam ze świstem powietrze.

- Nie odzywaj się tak do mnie. Nic nas nie łączy.

Zaprzeczyłam samej sobie. Granger prychnęła.

- Nic, masz rację. Łączy nas tylko matka - zironizowała, patrząc mi wyzywająco w oczy.

- Ona nie jest moją matką! - oburzyłam się, zrywając z ławki. Ta kobieta nie ma prawa tak się nazywać. Nic dla mnie nie znaczy, to kompletnie oa osoba. Nie chcę jej znać. Opuściła mnie, kiedy byłam niemowlakiem. Przecież nic jej nie zrobiłam! Nie chciała nas, byłyśmy tylko kolejnym ciężarem.

- Nazywasz tą kobietę swoją matką?! Ona nas porzuciła, Hermiona! I choć tak bardzo się różnimy, to nadal jesteś moją siostrą. Trafiłyśmy do różnich rodzin, gdyby nie to, możliwe, że byłybyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Nigdy jej tego nie wybaczę, rozumiesz? Nigdy!

Odpowiedziała mi cisza.

Po mojej twarzy zaczęły skapywać pierwsze łzy. Zatkałam usta dlonią i osunęłam się na pobliskiej ścianie.

- Nie płacz - szepnęła cicho brązowołosa. Po jej tonie głosu od razu wyczułam, że również zaczęła płakać.
- Przepraszam cię, za wszystko..
Przytuliła mnie do siebie. Nie wiem, ile tak twałyśmy. Nie mówiłyśmy nic, bo słowa były zbędne.

Po prostu byłyśmy.
Siostra z siostrą.
Po tylu latach.
Tak różne, jednak takie same.

~*~

Do swojego pokoju zamierzałam wrócić niepostrzeżenie. Z Gryfonką zagadałyśmy się do późna, w końcu wszystko sobie wyjaśniałyśmy. Okazało się, że mamy dużo wspólnych cech i zachowań. Ważne jest, że zachowałyśmy nic porozumienia. Draconowi nie zamierzam nic mówić, w końcu on na typowego Ślizgona nie trzyma się z gorszymi od siebie. A ja, cóż.. zaczełam pzyjaźń z jedną osobą z "wielkiej Trójcy", a to na pewno go zrazi. I chociaż się przyjaźnimy to wiem, że będzie tylko gorzej.

- Gdzie byłaś? Nie było cię w pokoju! - zauważył blondyn, kiedy wchodziłam do pokoju wspólnego. Kurde, miał nic nie poderzewać..

- Ee.. na Błoniach. Nie mogłam zasnąć, no i rozumiesz.. - wykręciłam się, nie patrząc mu w oczy. Wiedział, że kłamie.

- A ja jestem Zbawicielem Świata - zironizował, wychodząc.

- Ej! Nie pomyliłeś się? - zwróciłam mu uwagę, że wszedł do mnie. I co jeszcze?! Może tu zamieszka?

- Swój pokój masz obok!

- No i? - podniósł brew, wygodnie kładąc się na MOIM łóżku.

- Jestem zmęczona, dochodzi pierwsza - burknęłam, kiedy nie chciał zejść. Nawet próbowałam go zepchnąc, ale nawet nie poruszył się o milimetr. Za to ja ledwie stałam na nogach.

- Grubas! - pokazałam mu język i poszłam do łazienki, przy okazji zwinnie łapiąc wymierzoną w moą głowę poduszkę.

~*~

- No sio! - zganiłam go, głośno ziewając. Właśnie wzięłam odprężającą kąiel w nadziei, że kiedy przyjdę, jego już tu nie będzie. Ale oczywiście musiałam się mylić, bo jakby inaczej.

- Ok, ale powiedz mi, gdzie byłaś?

Uparciuch.

- Z mam nadzieje przyjaciółką, Draco - powiedziałam szczerze, patrząc mu prosto w oczy. Wiedziałam, że tym razem uwierzył, bo odetchnął cicho.

Uśmiechnął się cwanie.

- I tak nie wyjdę.

- Jak chcesz - wzruszyłam ramionami i położyłam się na łóżku. Przykryłam się mięciutką kołdrą i przytuliłam się do tego odrażającego chama.

- Dobranoc - mruknęłam, a po chwli Morfeusz zabrał mnie w swoje obięcia.

Śniłam o tym, jak wyglądałoby moje życie, gdyby moja matka nas nie zostawiła. Na pewn byłoby bardziej kolorowe, ale ja stałabym się zupełnie inną osobą. I na pewno nie poznałabym Draco..


piątek, 26 września 2014

Prolog

"It’s harder starting over Than never to have changed"
(Linkin Park - Blackbirds)

Podniosłam nieprzytomne spojrzenie na człowieka, który uważał się za niewiadomo kogo. No bo jaki szanujący się czarodziej wrzeszczy na środku krytarza, czy będziemy razem. Oczywiście nic mu nie odpowiedziałam, bo nie chciałam zrobić większej "siary". Eh.. co ja mam z tym mutantem?

- Nie, Draco - warknęłam na niego, ponownie zakopując się w srebrno-zielonej pościeli. Ciepełko, dużo ciepełka..
 Dopiero godzina ósma (i to w dodatku SOBOTA!), a ten pajac już ściąga mnie z łóżka. To, że on ma trening, to nic, a nic mnie nie obchodzi. Jego sprawa, nie moja.

- Wstawaj, leniwa świnio! - usłyszałam nad swoim uchem zrzędliwy głos młodego starca.

- Co?! - podniosłam się gwałtownie, wyciągając zza głowy poduszkę, by zaraz walić go z całej siły po głowie. NIKT nie ma prawa nazywać mnie świnią. Leniwa może jestem.. ale tylko troszkę.

- Przeproś, idioto! - wydyszałam. Dopiero co wstałam, a już musiałam użyć siły fizycznej. Zaraz złamie sobie paznokieć! Niee.. z tym ostatnim, to żartowałam. Nie jestem tym typem kobiety, której pasją jest przymierzanie ubrań i malowanie paznokci na różowo.

- OK, PRZEPRASZAM! - wykrzyknął wyrywając mi narzędzie prawie doskonałej zbrodni. Zaraz jednak się wyszczerzył.

- Przyjnajmniej się obudziłaś, słońce.

Spojrzałam na niego, a mój wzrok natychmiast zrobił sie jeszcze bardziej gniewny.

- Nie jestem słońcem. A tym bardziej nie twoim!

- Racja - odpowiedział, uśmiechajac się złośliwie - teraz wyglądasz jak ledwie żywy kurczak, któy stoczył walkę na śmierć i życie.

Burknęłam coś pod nosem, po czym obrażona wyszłam do łazienki, uprzednio biorąc za sobą luźne ubrania. Odprowadził mnie głupawy śmiech blond włosego arystokraty.
Bogowie, jak ja go nie nawidzę!

~*~

- Gotowa, skarbie? - zapytał na mój widok. Przewróciłam oczami, ale nie odpowiedziałam. Dośc sprawnie wyszliśmy na zatłoczony korytarz, a wszyscy od razu zerknęli na nas kątem oka. Cóż, nie ukrywajmy,  w domu Węża nie ma takiej osoby, która by nas nie znała. Ah.. ta moja skromność!
Postanowiłam to wykorzystać.. zemsta jest słodka!

- To jak misiaczku-pysiaczku, idziemy na Błonia? Dracusiu, potrafisz być taki uroczy! - wykrzyknęłam, sztucznie zatrzebiotałam, po czym szybko zatrzepotałam rzęsami .

"Misiaczek-pysiaczek" miał dość głupawą minę, podobnie jak wszyscy, którzy mnie dobrze nie znali. Głownie to jeszcze maluchy. Mniejsza połowa doskonale wiedziała, po co zrobiłam. Wyszczerzyłam się do siebie, po czym jako pierwsza opuściłam pokój wspólny Slytherinu.

- Alyss! Jak mogłaś?! - parsknął z wyrzutem chłopak, kiedy staliśmy na dość chłodnych Błoniach.

- Przez ciebie moja reputacja spadła! - zaszlochał teatralnie, na co w moich oczach pojawiły się wszystkim znane iskierki.

- Oj, nie martw się! Twoja reputacja jest tak bardzo niska, że już niżej nie mogła spaść - pocieszyłam go.

- To jak, idziemy na ten trening? Bo zaczyna mi się robić zimno! - poskarżyłam się, tupiąc nogami jak mała dziewczynka.

- Okej! Ścigamy się do ostatniego drzewa, po lewej stronie.
Start! - krzyknął niespodziewanie chłopak, po czym od razu rzucił się naprzód.

- Ej! Oszust! - krzyczałam za nim, próbując go dogonić, ale niestety, dość z marnym skutkiem.

Po Błoniach co chwile rozbrzmiewały wesołe śmiechy, albo gniewne mruknięcia. Czas minął nam tak szybko, że musieliśmy już iść na śniadanie, które rozpoczynało sie wpół do dziesiątej.

W wyśmienitych humorach wkroczyliśmy do zamku.